Krewni mojego męża czekali na nakryty stół, więc zamknęłam dom i pojechałam do sanatorium.

Krewni mojego męża spodziewali się zastawionego stołu, a ja… zamknęłam dom i wyjechałam do sanatorium.

– Tylko nie zapomnij kupić kurczaka, mama go uwielbia – dobiegł z przedpokoju głos Wiktora, któremu towarzyszyło skrzypienie łyżki do butów i jego charakterystyczne, zirytowane pomruki. – I z czosnkiem, jak ostatnio.

Tylko drobniej go posiekaj, bo potem ma zgagę.

Anna stała przy zlewie, zanurzając dłonie w ciepłej, mydlanej wodzie. Na dnie leżała przypalona patelnia, którą szorowała już od dobrych kilku minut, jakby zahipnotyzowana tym samym, powtarzalnym ruchem.

Gąbka krążyła po jednym miejscu, a ona nawet tego nie zauważała. W skroniach pulsował tępy ból, a krzyż ciągnął tak, jakby ktoś przywiązał do niego ciężką, żeliwną kulę.

– Witek, jaki kurczak? – zapytała cicho, nie odwracając się. – Przecież ustaliliśmy, że ten weekend odpoczniemy. Mieliśmy pojechać na działkę, odetchnąć świeżym powietrzem… chciałam posadzić sadzonki.

W drzwiach kuchni pojawił się jej mąż. Miał już na sobie lekką kurtkę i nerwowo pobrzękiwał kluczami od samochodu, jakby sama ich obecność mogła przyspieszyć rozwój sytuacji.

– Anka, znowu zaczynasz – westchnął ciężko. – Mama dzwoniła wczoraj wieczorem, kiedy spałaś. Powiedziała, że przyjadą z Swietą i dziećmi.

W mieście nie da się oddychać, taki upał. No i to przecież rodzina. Jak mam im odmówić? Powiedzieć: „Nie przyjeżdżajcie, bo moja żona chce sadzić pomidory”?

Anna powoli zakręciła wodę i sięgnęła po ręcznik. Wytarła dłonie, jakby chciała zetrzeć z nich nie tylko pianę, ale i zmęczenie, które narastało w niej od miesięcy.

– Jest ich pięcioro, Witek – powiedziała spokojnie, choć w jej głosie czaiło się napięcie. – Pięcioro. Plus my dwoje. To siedem osób.

Trzeba ich nakarmić, napoić, przygotować im łóżka, potem po nich sprzątać, prać… Ja pracuję pięć dni w tygodniu od ósmej do siedemnastej. Mam na głowie sprawozdanie kwartalne. Ja już nie mam siły.

Wiktor przewrócił oczami. Ten gest zawsze wbijał się w Annę jak igła. Było w nim coś gorszego niż złość – lekceważenie. Jakby mówił bez słów: przesadzasz, dramatyzujesz, jesteś problemem.

– Ojej, nie rób z tego tragedii. Co tam masz do zrobienia? Pokroisz jakieś sałatki, wrzucisz mięso do piekarnika. Swieta pomoże, przecież to kobieta.

Anna zacisnęła palce na ręczniku tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.

– Swieta ostatnim razem „pomogła” tak, że wypiła pół butelki mojego drogiego wina i zasnęła na leżaku, a jej dzieci zadeptały moje grządki z truskawkami – powiedziała, starając się mówić równo, choć głos lekko jej zadrżał.

– Witek… ja naprawdę nie dam rady stać przy kuchni przez cały weekend. Zamówmy jedzenie. Teraz wszystko dowożą – grillowane mięso, pierogi, cokolwiek.

Zapadła cisza. Krótka, ale ciężka. Taka, w której rodzą się decyzje.

Wiktor spojrzał na nią tak, jakby powiedziała coś zupełnie absurdalnego.

– Zamawiać jedzenie dla własnej rodziny? Serio? Mama się obrazi. Powie, że jej nie szanujesz.

To zdanie było jak ostatnia kropla.

Anna poczuła, jak coś w niej pęka. Nie gwałtownie, nie z hukiem. Raczej cicho, jak nitka, która była napięta zbyt długo.

Przez chwilę patrzyła w okno nad zlewem. Na zewnątrz świeciło słońce. Ludzie szli spokojnie ulicą, ktoś prowadził psa, ktoś niósł zakupy. Normalne życie.

Takie, w którym weekend oznacza odpoczynek, a nie kolejną zmianę w domowej kuchni.

– Dobrze – powiedziała w końcu cicho.

– No i widzisz – odetchnął Wiktor z ulgą, jakby właśnie wygrał.

Ale ona już go nie słuchała.

Tego samego dnia, gdy wyszedł „po zakupy”, Anna weszła do sypialni i wyciągnęła walizkę. Nie spieszyła się. Każdy ruch był spokojny, przemyślany. Spakowała kilka rzeczy – wygodne ubrania, książkę, kosmetyki. Dokumenty. Telefon.

Potem usiadła na łóżku i przez chwilę patrzyła w przestrzeń.

Nie czuła winy. To było dla niej zaskakujące.

Czuła tylko zmęczenie… i coś jeszcze. Coś, co przypominało ulgę.

Zadzwoniła do sanatorium, o którym czytała kilka tygodni wcześniej, gdy kolejny raz nie mogła zasnąć z bólu pleców.

– Czy mają państwo wolne miejsce od jutra? – zapytała spokojnie.

Mieli.

Godzinę później zamknęła walizkę. Zostawiła klucze na stole. Obok kartki.

„W lodówce są jajka. Kurczaka nie kupiłam. Odpoczywam. Wrócę za tydzień.”

Nie tłumaczyła się. Nie przepraszała.

Kiedy zamykała za sobą drzwi, poczuła, jak coś ciężkiego spada jej z ramion.

Telefon zadzwonił, zanim zdążyła dojść do przystanku. Na ekranie wyświetliło się: „Witek”.

Nie odebrała.

Autobus przyjechał po kilku minutach. Wsiadła, zajęła miejsce przy oknie i oparła głowę o szybę.

Miasto powoli zaczęło znikać za nią.

Po raz pierwszy od bardzo dawna Anna nie myślała o tym, co trzeba zrobić, ugotować, posprzątać, przygotować dla innych.

Po raz pierwszy pomyślała tylko o sobie.

I to było… wystarczające.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry