„Jesteś tu nikim i nie masz nazwiska.” Notariusz otworzył teczkę i…

— Ty tutaj jesteś nikim i nikim się nazywasz — powiedział Roman spokojnie, jakby czytał raport, a nie próbował mnie upokorzyć. Nottariusz otworzył teczkę i zawahał się na moment, jakby nie był pewien, czy powinien w ogóle reagować.

— Siedź prosto, Albina. To nie twoja inspekcja — Roman ledwo poruszył palcem, wskazując na krzesło, jak na przedmiot, który nie stoi tam, gdzie powinien. — I zdejmij ten pokrowiec. Tylko oczy razi.

Spojrzałam na swoje dłonie. Trzymałam w nich pęknięty plastikowy pokrowiec na okulary — tani, szarobrązowy, z wyszczerbionym brzegiem, który od lat zahaczał o skórę i zostawiał drobne rany.

Kupiłam go pięć lat temu w przejściu podziemnym przy „Ałych Żaglach”, kiedy jeszcze liczyliśmy każdą tysiączkę do wypłaty i zastanawialiśmy się, komu przypadnie ostatni kawałek kiełbasy w lodówce.

Teraz wszystko wyglądało inaczej. W kieszeni Romana leżał skórzany futerał za czterdzieści tysięcy, a przed budynkiem kancelarii błyszczał jego nowy SUV.

Moja stara Łada stała dalej, przyciśnięta do krawężnika przez ogromnego czarnego Mercedesa sąsiada z kolejki, jak przypadkowy błąd w cudzym świecie sukcesu.

— Dobrze — odpowiedziałam spokojnie.

Ale „dobrze” zabrzmiało zbyt równo nawet dla mnie samej. Bo w rzeczywistości nie było w tym nic dobrego.

Powietrze w poczekalni było ciężkie, niemal gęste, jak pył w hali produkcyjnej, w której kiedyś przeprowadzałam kontrole BHP.

Przez dwadzieścia lat pracy nauczyłam się widzieć błędy zanim ktokolwiek zdążył je popełnić: niezabezpieczone regały, brak uziemienia, przeterminowane gaśnice, zablokowane wyjścia ewakuacyjne.

Świat zawsze był dla mnie systemem, w którym drobny szczegół mógł stać się początkiem katastrofy.

I właśnie dlatego tak długo nie zauważałam, że moja własna rzeczywistość od dawna była jedną wielką awarią.

Po prostu „termin ważności” minął nie w magazynie, lecz w naszym mieszkaniu na Prospekcie Październikowym — mniej więcej trzy lata temu, kiedy Roman przestał wracać na kolacje i zaczął mówić o „rozwoju biznesu” tak często, że brzmiało to jak hasło zamykające wszystkie rozmowy.

Położyłam pokrowiec na krawędzi stołu. Plastik cicho zaskrzypiał, a ten dźwięk nagle wydał się głośniejszy niż wszystko, co padło wcześniej.

Roman nawet nie podniósł wzroku. Wpatrywał się w telefon, przewijając ekran z taką koncentracją, jakbym przestała istnieć i stała się jedynie tłem.

Dla niego właśnie tym byłam — tłem. Elementem wyposażenia, starym urządzeniem, które jeszcze nie zostało spisane, ale już dawno przestało być potrzebne.

Mieszkanie, działka, rachunki — wszystko to zdążył już w swojej głowie rozdzielić i uporządkować, starannie usuwając mnie z równania.

Mnie — kobietę, która kiedyś znała go jako młodego porucznika z dziurawymi kieszeniami, tanimi papierosami i marzeniami, które wtedy wydawały się wspólne.

— Albina Stepanowna? Proszę wejść — młoda asystentka notariusza o idealnie prostej sylwetce uchyliła ciężkie, dębowe drzwi.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry