— Zdejmij łańcuszek, Rimma. To rodzinna rzecz. Ojciec twojej matki podarował go na srebrne wesele — Paweł nawet na mnie nie spojrzał, zajęty metodycznym pakowaniem mojego laptopa do kartonu.
— W akademiku takie rzeczy są zbędne, zginą pierwszej nocy. A na jubileusz Inessie jak najbardziej się przyda.
Stałam w drzwiach własnej sypialni i czułam, jak wszystko we mnie powoli zamienia się w kamień. Dwanaście lat. Dwanaście lat słyszałam, że jestem „nie taka”: że źle gotuję, że źle prasuję koszule Pawła, że za dużo czasu poświęcam swoim projektom, a za mało jego „wielkiej karierze” w zarządzie drogownictwa.
— Pash, ten laptop jest mój. Kupiłam go za swoje pieniądze z zasiłku macierzyńskiego, dorabiając nocami — mój głos brzmiał zaskakująco spokojnie.

— Twoje pieniądze to nasze pieniądze — odezwała się z kuchni Margherita Stiepanowna. Nawet nie raczyła wyjść, przemawiała stamtąd jak najwyższy sędzia.
— A laptop Pawłowi jest bardziej potrzebny. On musi pisać raporty, a ty jesteś teraz wolna jak wiatr. Idź sobie rysować swoje klomby w zeszyciku.
Inessa, jego siostra, kręciła się w tym czasie przed lustrem, przymierzając moje perłowe kolczyki. Te same, które podarował mi dziadek tuż przed śmiercią.
— Och, Pash, zobacz, jak mi pasują! Od razu twarz wygląda świeżej — powiedziała, przeciągając sylaby i unosząc lekko mały palec.
— Rimma, nie bądź skąpa. Sama mówiłaś, że „rzeczy materialne nie mają znaczenia”. No to pokaż. Nawet taksówkę do akademika ci zamówimy, rodzinnie.
— Wyjdź teraz, Rimma — Paweł w końcu spojrzał mi w oczy. W jego spojrzeniu była chłodna pewność, tak absolutna, że aż trudno było się nie uśmiechnąć. — Jutro wymienię zamki.
Twoje rzeczy są w garażu, w starym boksie ojca. Zabierzesz je, jak znajdziesz samochód. Klucz od garażu leży na szafce — możesz go sobie zatrzymać na pamiątkę.
