W rzeczywistości, której nigdy nie znał
Daniel zamarł. Jego serce zaczęło bić jak młot, a dłonie pokryły się zimnym potem. „Tata…” ten słaby, przerażający głos wydobył się z podłogi jak echem przeszłości. Jego umysł zareagował na to słowo niczym przestarzały mechanizm — z przerwanym oddechem, oszołomieniem. Leo.
Patrycja, z dłonią przy ustach, zaczęła się cofać. Jej twarz bledła, a w oczach Daniel dostrzegł przerażenie. Nigdy nie widział jej w takim stanie. Znajome rysy stawały się obce, jakby patrzył na nieznajomą osobę. Daniel nie rozumiał, dlaczego siostra wcześniej nie powiedziała, co tak naprawdę kryje jej dom.
Inka, mała, niewinna duszyczka, wciąż klęczała przy szczelinie. Jej ciemne oczy były pełne łez, a rączka wciąż na stałe przytwierdzona do drewna. „On się boi,” szepnęła, jakby to usprawiedliwiało wszystko. Daniel wydobył z siebie oddech, próbując rozproszyć narastający niepokój. Natknął się na spojrzenie Marii, jej oczy były pełne bólu, jej rysy dalekie od spokoju.
Daniel nie miał pojęcia, jak długo tak stanie, trzymając łom i patrząc na podłogę. Całe to szaleństwo sprawiło, że jego stres wzrastał. „Muszę to zrobić,” pomyślał, ale w głowie huczały myśli: „Co się stało, jak to możliwe?”
Nie czekając dłużej, wziął głęboki oddech. Ludzkie wyczucie zaprowadziło go gdzieś, gdzie zaczynała się granica między rzeczywistością a snem. Jego ręka niepewnie zjechała w dół, początkowo spoczywając na obrzeżu deski. W końcu, w obliczu drżenia ciała, uderzył z impetem.
Deska pękła na dwie części, a Daniel upadł na kolana. Izolujące ciepło domu ustąpiło miejsca chłodnemu powiewowi z piwnicy. W ciszy usłyszał dobijanie serca, które nie mogło należeć do jego syna, który zniknął. Daniel podniósł wzrok, a przed nim ukazało się ciemne, lniane pokrowiec. Pożółkły, jakby skrywał w sobie coś więcej.
Maria z wrzaskiem przykryła usta. Patrycja, z przerażoną miną, zaczęła się trząść, jakby doszła do niewiarygodnej konkluzji. Daniel nie miał ochoty na cicha konfrontację, wiedział, że ominęło ich coś przerażającego.
„Leo, kochanie, to tata. Jestem tutaj!” zawołał, histerycznie. Ale nie usłyszał nic poza własnym głosem odbijającym się od ścian. W ciemności w piwnicy było tylko przerażające milczenie. Wyjątkowy, szczelny lęk rozluźnił jego umysł.
Daniel wstał i chwycił Morze emocji w swoim żołądku. Z szumem huknął, a nad jego głową krążyły myśli: „Co jeśli to nie był Leo? Co jeśli to był ktoś inny? Co jeśli…” Tak szybko żaden scenariusz nie miał sensu, wszystkie były takie same.

Inka podciągnęła się na kolanach, jej szemranie stawało się coraz głośniejsze. Nagle, z głębi podłogi, tajemniczy głos znowu się odezwał: „Tata, pomóż mi…”
Daniel zamarł. Na ten dźwięk jego całe jestestwo zamarło. Miał otworzyć pokrowiec, ale nie mógł się ruszyć. Teraz czuł pulsujący ból w klatce piersiowej, a jego ręce drżały.
— Pomóż mi? Kto to mówi? — spytał, prawie krzycząc, jakby to mogło przynieść mu wyjaśnienie.
— Słyszę go! — wykrzyknęła Inka, a jej ton jednak był inny, pełen powagi. — Musisz pomóc Leo!
Poniżej panował mrok, dziwny i ciężki. W tylnym zaułku, nad szparą, nie było nikogo poza echem krzyków. Daniel zerwał się na równe nogi.
Coś w nim pękło. Strach zamienił się w wściekłość. Złapał za pokrowiec, starając się przeforsować go przez darzącą mrokiem rzeczywistość. To był skok w nieznane. Głęboki sankcji, którego nie zamierzał podjąć.
— Muszę to zrobić dla Leo! — zawołał, a jego głos wypełnił przestrzeń.
Zaraz potem usłyszał coś innego. **Skrzypienie**. Otworzył pokrowiec, a mrok wypełnił się bałaganem starych zabawek, a w ich sercu… coś, co wyglądało jak ręka, znikało w strachu.
Kiedy Daniel złapał rączkę, poczuł drżenie, a mrok jeszcze bardziej go otulał, wcale nie chcąc ujawniać tajemnic.
— Leo? — zapytał z drżeniem w głosie, ale odpowiedział mu tylko przeklęty chaos, który pociągnął go już do końca.
Wzrok mu się zatoczył. Gdy odwrócił się, chciał zobaczyć Inka i Marię przy sobie, ale kiedy wzrok ponownie przeszukał przestrzeń, on już wiedział… **Potwór był znacznie bliżej niż myślał.**