— Skoro macie teraz dwupokojowe mieszkanie, to jesteście zobowiązani przyjąć do siebie Nadię — oznajmiła matka.
Galia jeszcze długo wracała do tamtego poranka — jak stała przy oknie z wystygłą herbatą w dłoniach i patrzyła na podwórko, gdzie dozorca powoli zgrabiał zeszłoroczne liście w równe stosy.
Było w tym coś kojącego, w tym jednostajnym, spokojnym ruchu. To mieszkanie wciąż pamiętało kroki babci Siergieja, która przeżyła tu większość swojego życia. Na parapecie stały jeszcze jej kaktusy — małe, kolczaste, uparte. Galia nie miała serca ich wyrzucić.
Właśnie wtedy zadzwonił telefon.
I wiedziała — jakoś wiedziała jeszcze zanim zobaczyła imię na ekranie — że ten telefon coś zmieni. Matka nigdy nie dzwoniła bez powodu. Matka dzwoniła tylko wtedy, gdy czegoś chciała.
— Galciu — powiedziała matka tonem, w którym od pierwszego słowa słychać było przygotowaną wcześniej rozmowę. — Słyszałaś o Nadii?
Nadia była młodsza. To wiele tłumaczyło, choć Galia dawno zabroniła sobie tak myśleć — zbyt wygodne usprawiedliwienie, zbyt proste. Ale fakt pozostawał faktem: Nadię kochano inaczej. Nie bardziej — matka zawsze temu zaprzeczała — ale inaczej. Z tą szczególną, nerwową czułością, z jaką trzyma się w rękach coś kruchego, bojąc się, że w każdej chwili może się rozpaść.
— Co się stało? — zapytała Galia spokojnie, choć w środku już czuła napięcie.
— No właśnie o to chodzi — westchnęła matka. — Nadia ma teraz trudniejszy okres. Potrzebuje stabilizacji. Spokoju. Rodzinnego wsparcia.
Galia odwróciła wzrok od okna.
W „rodzinnym wsparciu” zawsze kryło się coś więcej. Zawsze.
— I co ja mam z tym wspólnego? — zapytała ostrożnie.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, jakby matka sprawdzała, czy Galia naprawdę nie rozumie oczywistości.
— Jak to co? — głos matki natychmiast nabrał tonu zdziwionego oburzenia. — Przecież macie dwa pokoje. DWA. W takim mieszkaniu spokojnie można przyjąć Nadię.
Galia zamknęła oczy.
Wiedziała już, dokąd to zmierza.
— Mamo…
— Nie przerywaj — ucięła natychmiast matka. — To jest wręcz logiczne. Ty i Siergiej i tak macie wystarczająco miejsca. Nadia będzie miała swój kąt, wy swój. Wszystko się ułoży.
„Wszystko się ułoży”.
To zdanie zawsze oznaczało, że ktoś inny ma się dostosować.
Galia oparła się plecami o chłodną ścianę.
— Mamo, to nie jest hotel — powiedziała cicho.
— Ależ co ty mówisz — oburzyła się matka. — To rodzina. Rodzina sobie pomaga.
Słowo „rodzina” zawisło między nimi jak wytrych, który miał otworzyć każde drzwi.
Galia spojrzała na kaktusy babci.
Małe, kolczaste, milczące.
Tak bardzo inne od tego, co właśnie słyszała w słuchawce.
— Nadia może przyjechać na kilka dni — powiedziała ostrożnie. — Ale nie na stałe.
Zapadła chwila ciszy.
Zbyt długa, żeby była przypadkowa.
— Galia — odezwała się matka już chłodniej. — Ty chyba nie rozumiesz sytuacji.
I wtedy padło to, co miało paść od początku.
— Skoro macie teraz dwupokojowe, to jesteście zobowiązani przyjąć Nadię.
Zobowiązani.
Galia powoli odstawiła kubek na parapet.
Herbata lekko się rozlała, tworząc ciemną plamę na białej powierzchni.
— Zobowiązani? — powtórzyła cicho.
— Tak. Nadia nie ma gdzie się podziać. A wy macie warunki.
Galia uśmiechnęła się gorzko, choć matka tego nie widziała.
Warunki.
Zawsze chodziło o warunki. Nigdy o ludzi.
— A Siergiej co na to? — zapytała Galia spokojnie.
— Siergiej jest mężczyzną, on się dostosuje — odpowiedziała matka bez wahania.
W tej jednej sekundzie coś w Galii pękło — cicho, bez dramatów, jak cienka nitka przeciągnięta za mocno.
— Rozumiem — powiedziała.
I matka uznała to za zwycięstwo.
— No właśnie. Wiedziałam, że się dogadamy. Przygotuj pokój, Nadia przyjedzie w weekend.

Rozłączyła się.
Galia stała jeszcze chwilę nieruchomo.
Potem powoli podeszła do okna.
Na dole dozorca nadal zamiatał liście.
Spokojnie. Równo. Bez emocji.
Jakby świat wcale nie był właśnie przekrzywiany czyjąś decyzją.
Galia sięgnęła po telefon i przez moment patrzyła na wygaszony ekran.
Nie zadzwoniła od razu.
Najpierw otworzyła okno.
Do mieszkania wpadło chłodne powietrze.
A potem, bardzo spokojnie, powiedziała na głos do pustego pokoju:
— Nie.
I po raz pierwszy od dawna to „nie” zabrzmiało jak coś, co naprawdę ma znaczenie.
