Oczywiście — oto bardziej wciągająca, dynamiczna wersja po polsku:
— Przecież jesteśmy swoi — rzuciła Ludka, znowu wtaczając do mojego mieszkania swoją ogromną, kraciastą torbę. Tym razem jednak się przeliczyła.
Torba z głuchym łomotem opadła na jasny gres. Ludka, kuzynka mojego męża Artioma, ciężko odetchnęła, zsunęła z nóg zdeptane sneakersy i bez skrępowania wsunęła je pod moją ławeczkę, jakby była u siebie.
Minęło dopiero pół roku od naszego ślubu, a moja przytulna dwupokojowa oaza powoli, lecz nieubłaganie zaczynała przypominać objazdowy obóz.
Artiom przed ślubem mieszkał w starym robotniczym baraku. Złota rączka — tynkarz z powołania — ale z poczuciem granic osobistych praktycznie nieistniejącym. Tam wszystko było wspólne: sól, stołki, kłopoty i długi.
Wprowadzając się do mnie, z radością przywiózł ze sobą również tę filozofię.

Ludka bezceremonialnie przeszła do kuchni, otworzyła moją lodówkę i zaczęła ją lustrować z miną surowego inspektora sanepidu.
— Natka, a co to za ser z pleśnią? Popsuty i jeszcze go trzymacie? A ta kiełbasa jakaś blada, aż patrzeć strach!
— To camembert, Ludka — odpowiedziałam spokojnie, przecierając blat. — A kiełbasa jest z indyka. Dietetyczna.
— Oj, te wasze miejskie fanaberie! — machnęła ręką, wyciągając moją najdroższą wędlinę i bez skrupułów rzucając ją na kawałek chleba. — Trzeba jeść normalnie. Z tłuszczykiem!
Usiadła przy stole, odgryzła pół kanapki i natychmiast przeszła do wykładu. Jako masażystka z wykształceniem medycznym zarabiałam niemal dwa razy więcej niż mój mąż — i to Ludce nie dawało spokoju.
W jej oczach moje pieniądze brały się z niczego, jakbym tylko głaskała ludzi po plecach.
— Ty, Natka, możesz sobie te plecy miętolić, ale najważniejszego nie wiesz! — uniosła pouczająco palec, oklejony okruszkami.
— Sól to się wałkiem drewnianym rozbija! Porządnie, aż do siniaków! Moją babkę tak na wsi leczyli z chondrozy. A te wasze salonowe głaskanie to tylko naciąganie ludzi na kasę!
