Walizka, którą pakował, była tą starą — tą samą, z którą kiedyś jeździliśmy na wakacje. Patrzyłam na nią i nagle przypomniały mi się nasze pierwsze wyjazdy do Soczi — wtedy nosiłam w niej swoje rzeczy.
Śmialiśmy się, że wyglądamy jak uchodźcy.
— Zestarzałaś się i przytyłaś — powiedział, nie patrząc mi w oczy. Zamek walizki zaskrzypiał, zamykając ostatni rękaw marynarki. — Znalazłem sobie młodszą.
Spodziewał się, że się rozpłaczę? Że padnę na kolana i obejmę jego zadbane nogi w idealnie wyprasowanych spodniach?
Stałam w progu kuchni, w starym szlafroku, którego nienawidził, i czułam w piersi dziwną, lodowatą pustkę.
Nie ból. Pustkę. Jakby ktoś wyrwał mi stary, bolący ząb, który męczył mnie latami — i nagle przyszła cisza.
— Powodzenia — mój głos nawet nie zadrżał. Uśmiechnęłam się. — I nie zapomnij o swojej mamie.
Zastygł na sekundę, przechylając głowę jak pies, który czegoś nie zrozumiał. Usłyszał tylko „powodzenia”, resztę zignorował.
Drzwi trzasnęły. Winda zjechała w dół. W mieszkaniu został zapach jego wody kolońskiej, niewypłakany ból i głuche, ciężkie uczucie wolności.
Byliśmy razem dwadzieścia lat. Przez te lata nie byłam już Larysą — tylko „matką jego dzieci” i „żoną”. Zgubiłam siebie na długo, zanim on zauważył moje zmarszczki.
W wieku trzydziestu pięciu lat byłam jeszcze piękna, ale już zmęczona. W wieku czterdziestu — tylko zmęczona. W wieku czterdziestu pięciu nazwał mnie po raz pierwszy „starą”.
Wtedy myślałam, że żartuje. Teraz „gruba”. Ciekawe, co byłoby następne — „martwa”?
W pierwszym tygodniu nie płakałam. Robiłam dziwne rzeczy. Kupiłam wielką torbę agrestu — on go nienawidził, mówił, że ma po nim zgagę. Zjadłam wszystko.
Usiadłam w salonie w jego ulubionym fotelu — nie pozwalał mi tam siadać, bo to było „dla męskiego tyłka”. Siedziałam tam trzy godziny z książką.
Nie czytałam. Słuchałam ciszy. Szumu liści za oknem. Tego, że nikt nie chrapie w sypialni i nie woła mnie po wodę.
Ósmego dnia w końcu się rozpłakałam. Nie z żalu nad sobą. Ze złości, że przez dwadzieścia lat byłam tak głupia.
Przeszłam po mieszkaniu i zebrałam wszystko, co po nim zostało: kubek z napisem „Najlepszy mąż”, hantle kupione rok temu, żeby „utrzymać formę dla młodych”, zaschniętego kaktusa na parapecie, którego rzekomo podlewał — choć robiłam to ja. Wszystko wyrzuciłam. Wszystko, oprócz jego matki.
Teściowa, Zinaida Pietrowna, mieszkała w sąsiednim bloku, w starym „chruszczowie”, na parterze. Miała siedemdziesiąt pięć lat, słabo słyszała na jedno ucho i uparcie odmawiała przeprowadzki do nas.
Syn odwiedzał ją raz w miesiącu. Ja — dwa razy w tygodniu. Przynosiłam leki, sprawdzałam liczniki i słuchałam jej opowieści o sąsiadach.
W dniu jego odejścia zaniosłam jej twaróg i kefir.
— Odszedł, prawda? Do innej? — zapytała.
Skinęłam głową.
— Głupi — westchnęła. — Zawsze był głupi. Wybacz mu, Laryso. Ale mnie nie zostawiaj, dobrze?
Obiecałam.
Minął miesiąc.
Zapisałam się na basen — nie po to, żeby schudnąć. Do diabła z wagą. Chciałam poczuć, że moje ciało należy do mnie.
Pływać. Oddychać. Istnieć poza „młoda” albo „stara”.
Pomalowałam sypialnię na ciemnoniebiesko — kolor, który nazywał „depresyjnym”.
Zaczęłam jeść po siódmej wieczorem. Śmiałam się głośno przy komediach. Sama.
Prawie się przyzwyczaiłam.
Prawie uwierzyłam, że życie się ułożyło.
A potem, dokładnie po miesiącu, zadzwonił domofon.
Na ekranie — deszczowy jesienny poranek. I oni.
On. I ona.
Mój były mąż wyglądał, jakby ktoś przepuścił go przez maszynkę do mięsa i zapomniał wyprasować. Pognieciona koszula, siniak pod okiem, brudne spodnie.

W jednej ręce trzymał tę samą starą walizkę, teraz całą w rysach i naklejkach z lotnisk. W drugiej — ogromną torbę w kratę.
A ona stała obok. Młoda. Może dwadzieścia pięć lat. Chuda jak patyk, ze sztucznymi rzęsami jak pajęcze nogi.
Na sobie miała różową kurtkę i koronkowy top — w połowie października.
Za nimi piętrzył się stos rzeczy. Trzy walizki, torby z IKEA, czarny worek, z którego wystawała poduszka… i akwarium. Z małą, złotą rybką.
Przywieźli całe życie pod mój blok.
Zadzwonił ponownie.
— Larysa! Otwórz! Nie mamy gdzie mieszkać!
Ona pochyliła się do domofonu:
— Proszę, ciociu Lar! Mamy problem!
„Ciociu Lar”. Prawie się roześmiałam.
On zaczął mówić szybko:
— Jej były wrócił z wojska! Pobijł mnie! Wyrzucili nas! To tylko na kilka dni…
— Tylko jedną noc! — dodała ona. — Bo Kola wróci…
Patrzyłam na ich twarze na ekranie. Na ten chaos. Na rybkę w akwarium.
Przyszli do mnie. Bo jestem „bezpieczna”. Bo romans skończył się po miesiącu.
Bo myśleli, że przyjmę.
Wzięłam słuchawkę i spokojnie powiedziałam:
— Kochani… to nie hotel. To moje mieszkanie. Nawet jeśli jestem „stara i gruba”. I jest mi tu bardzo dobrze.
Zamarł.
— A twoją matkę — dodałam ciszej — wysłałam wczoraj do sanatorium. Na dwa tygodnie. Za moje pieniądze. Tam też nie pójdziesz.
Pauza.
— Pozdrów Kolę. I nakarmcie rybkę.
Wyłączyłam domofon.
Spojrzałam przez okno.
Kłócili się. Rzeczy się rozsypywały. Poduszka wpadła do kałuży. Akwarium stało nieruchomo.
Patrzyłam i czułam, jak coś we mnie wraca na swoje miejsce.
Nie zło. Nie zemsta.
Szacunek do samej siebie.
Zrobiłam herbatę z miętą. Usiadłam w jego fotelu.
Zaczynało się moje nowe życie.
Bez walizek. Bez młodych kobiet. Bez mężczyzn, którzy wracają tam, gdzie już nie są mile widziani.
Na zewnątrz mżyło.
Wieczorem pomyślałam: nawet nie zapytał o matkę.
Zadzwoniłam do Zinaidy Pietrowny.
— Dzwonił? — zapytałam.
— Dzwonił. Płakał. Prosił o pieniądze. Powiedziałam mu: nie jestem aż tak naiwna, żeby żałować kogoś, kto nazwał swoją żonę „starą i grubą”.
Uśmiechnęłam się.
— Dobranoc.
— Dobranoc, Laryso. I pamiętaj: nie jesteś gruba. Jesteś dobra.
Odłożyłam telefon.
Owinęłam się kocem.
Deszcz ustał.
Domofon już nigdy więcej nie zadzwonił.
