— Nie, Irusia, dobrze wiesz, że trzymanie takiej sumy pieniędzy w rękach jednej osoby jest po prostu nierozsądne — przeciągnęła Oksana, niemal agresywnie nawlekając liść sałaty na widelec, jakby chciała go sama udusić.
— Właśnie znalazłam lokal na salon piękności w pierwszej linii. Dwa miliony z mieszkania twojej ciotki bardzo by nam się przydały. W końcu jesteśmy rodziną!
Połykałam powoli ostudzony już herbatę i patrzyłam na moją szwagierkę. Oksana miała trzydzieści trzy lata i przedstawiała się jako „inwestorka w branży urody”, podczas gdy w rzeczywistości zajmowała się manicure w domu i nieustannie szukała sponsora dla swojego „niesamowitego potencjału”.
Byłyśmy w mojej kuchni. Dokładniej — w kuchni mojego mieszkania sprzed ślubu, które rodzina mojego męża wolała elegancko ignorować.
Na czele stołu siedział mój mąż, Pavel. Odpowiedzialny za sprzedaż armatury, z jakiegoś powodu uważał się za rekina biznesu.
Tego dnia miał bordową marynarkę i nosił wyraz twarzy kogoś, kto właśnie wykupił pakiet większościowy akcji Gazpromu.
— Iro, córko, ma rację — wtrąciła poważnie moja teściowa, Raisa Siergiejewna. Wytarła usta serwetką z takim spokojem, jakby dalej kierowała magazynem w fabryce wędlin, decydując, kto dostanie kaszankę, a kto kości.
— Jako matka mówię: rodzina musi być zjednoczona. Ciotka Zina, niech spoczywa w pokoju, miała piękne mieszkanie przy metrze.
Sprzedamy je, uruchomimy biznes Oksany, a Pavel będzie mógł sobie kupić nowy samochód. Nie wypada, żeby menedżer jeździł starym koreańskim autem. To nieprofesjonalne.
Teść, Nikołaj Pietrowicz, siedząc z boku, szybko przełknął kawałek szynki i mamrotał do swojego talerza:
— Nie przesadzajcie, sąsiedzi usłyszą…
Spojrzałam na męża. Pavel uśmiechał się protekcjonalnie, bawiąc się nóżką kieliszka taniego wina, które przedstawiał jako „kolekcjonerskie z prywatnej piwniczki”.
— Wiesz, kochanie — zaczął aksamitnym barytonem, pochylając się na krześle. — W nowoczesnej gospodarce aktywa muszą pracować.
Nie można po prostu siedzieć na nieruchomości. Trzeba dywersyfikować portfel. Zajmę się zarządzaniem tymi funduszami. Zainwestujemy je w biznes, stworzymy dochody pasywne…
Położyłam filiżankę na spodku. Hałas porcelany spowodował, że Oksana podskoczyła.
— Dywersyfikować? Jak w zeszłym roku, kiedy kupiłeś partię przeterminowanych pokrowców na fotele do masażu, bo „to złota żyła”, i przez sześć miesięcy próbowaliśmy je sprzedać prawie za darmo na OLX? — zapytałam spokojnie.
Pavel podskoczył. Ręka, która sprawnie obracała kieliszek, zadrżała, a kropla czerwonego wina spadła prosto na nieskazitelną klapę jego „menedżerskiej” marynarki.
Chwycił rozpaczliwie serwetkę i pocierał plamę, rozprowadzając ją jeszcze bardziej. Wyglądał jak nadęta gęś w parku wodnym, która wpadła na gwóźdź.

— To była analiza rynku! — piszczał, tracąc baryton.
— Analiza — skinęłam głową. — Raisa Siergiejewna, zarządzałaś mieszkaniem mojej ciotki z taką finezją, że jestem pod wrażeniem. Ale jest „ale”.
Zgodnie z prawem, a dokładniej z artykułem 36 Kodeksu Rodzinnego Federacji Rosyjskiej, dobra otrzymane przez jednego z małżonków w trakcie małżeństwa w formie darowizny lub spadku są jego własnością osobistą.
Nie dzieli się ich przy rozwodzie i nie wchodzą w skład majątku wspólnego.
Zapanowała cisza przy stole. Tylko Nikołaj Pietrowicz cicho pohuknął z aprobatą — lubił, gdy wszystko było zgodne z prawem, zwłaszcza jeśli prawo zwalniało go z podejmowania decyzji.
— Iro! Co ty mówisz! Jaki rozwód? — wykrzyknęła teściowa, rumieniąc policzki. — Jakie kody? Jesteśmy rodziną!
Wszystko wspólne! Pensja Pavla trafia do domu, utrzymuje cię, a ty tylko przesuwasz swoje papiery!
Pracuję jako główna księgowa. Moja pensja jest trzy razy większa niż Pavla, ale w mitologii Raisy Siergiejewnej byłam biedną sierotą adoptowaną przez ich szlachetny ród.
Nigdy się nie sprzeczałam. Miło było patrzeć, jak mój mąż kupuje drogie zegarki za moje premie, opowiadając matce o „udanych transakcjach”.
— Dokładnie! — krzyknęła Oksana, odkładając widelec. — Mam pilny biznesplan! Franczyza, ekspansja! W ogóle nie rozumiesz, jak działa przepływ gotówki! Klienci VIP już czekają w kolejce!
— Oksano, przepływ gotówki jest w porządku — powiedziałam spokojnie. — Ale jak chcesz zrobić franczyzę, jeśli nie masz nawet firmy, a twoje konto osobiste jest zablokowane przez komorników za zaległości?
Oksana gwałtownie westchnęła. Ręką sięgnęła po chleb i przewróciła solniczkę. Sól wpadła prosto na talerz sałatki śledziowej pod warstwą śmietany.
Moja szwagierka zaniemówiła, jak aktorka z prowincji, która zapomniała tekstu w pierwszej scenie.
— To… to tylko chwilowe trudności! — sapała. — To błąd banku!
— Oczywiście — skinęłam głową spokojnie. — Banki zawsze popełniają błędy, ale tylko na korzyść twojego rachunku za prąd.
Pavel, w końcu wycierając marynarkę (która teraz lśniła ogromną różową plamą), postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Wyprostował się, nadął policzki i uderzył pięścią w stół.
— Dosyć gadania, panie i panowie! — zaryczał, podkreślając swój wizerunek alfa. — Jestem głową rodziny i podejmuję decyzje.
Iro, Oksana ma rację. Sprzedamy mieszkanie. Pieniądze trafią na moje konto, dla bezpieczeństwa. Oddam siostrze potrzebną kwotę. Koniec.
Moja szwagierka triumfalnie się uśmiechnęła. Moja teściowa wyprostowała się dumnie — oto prawdziwy wychowany mężczyzna. Teść schował głowę w ramiona.
Szwagierka zaczęła mówić o podziale mojego spadku. Spojrzałam na męża i powiedziałam:
— Pod jednym warunkiem.
Pavel zrobił lekki, protekcjonalny skrzyp, zapewne spodziewając się, że poproszę o futro lub wyjazd do Turcji w zamian za dwa miliony z Moskwy.
— Słucham, kochanie.
— Sprzedajemy mieszkanie ciotki Ziny i przekazujemy pieniądze Oksanie dokładnie w dniu, w którym — powiedziałam bardzo powoli, akcentując każde słowo — ty, Pavel, tutaj i teraz, przed mamą, wyciągniesz z teczki trzy karty kredytowe.
Te same, którymi płaciłeś za „wydatki reprezentacyjne” w restauracji i zakup bordowej marynarki.
I razem, z kalkulatorem, policzymy, ile setek tysięcy z mojej pensji poszło na spłatę małych rat w ostatnim roku przed pojawieniem się komorników.
Twarz Pavla zrobiła się tak blada jak jego zniszczona marynarka.
— I jeszcze — kontynuowałam, nie dając im czasu na reakcję.
— Raisa Siergiejewna, skoro wszystko jest wspólne, jutro przepiszemy państwa działkę na moje nazwisko. Bo to nieodpowiedzialne — sadzicie tylko rzodkiewki, podczas gdy mogłabym tam stworzyć bazę rekreacyjną. Jesteśmy rodziną. Jako żona waszego syna mówię to.
Nikołaj Pietrowicz cicho zgrzytnął i mamrotał:
— Przesadzasz…
Raisa Siergiejewna zaniemówiła. Triumfalny uśmiech Oksany gdzieś zniknął w okolicy dekoltu. Pavel siedział, wpatrując się w różową plamę, cienka warstwa potu na czole.
— Ty… tak mówisz do męża? — w końcu sapała moja teściowa. — On cię zostawi! Zostawi bez niczego!
— Z mojego mieszkania? — powiedziałam, szczerze zaskoczona. — Za moje pieniądze?
Raisa Siergiejewna, jeśli Pavel odejdzie, jedyne, co zostanie, to możliwość wreszcie kupienia prawdziwego sera, a nie promocyjnego, bo „alfa” musi się wyżywić.
Wstałam od stołu, zebrałam puste talerze i ruszyłam do zlewu.
— Herbata jest zimna — rzuciłam spokojnie przez ramię. — Kto chce podgrzać? Czajnik jest na ogniu. Co do spadku — temat zamknięty. Wynajmę mieszkanie. Pieniądze trafią na moje osobiste konto oszczędnościowe.
Wieczór minął zaskakująco szybko. Oksana nagle musiała robić przedłużanie rzęs, Raisa Siergiejewna powołała się na ciśnienie, a Pavel resztę wieczoru spędził, naprawiając kran w łazience, który przeciekał od sześciu miesięcy.
Patrzyłam wieczorem przez okno na Moskwę i się uśmiechałam. Bycie inteligentną i niezależną kobietą w Rosji nie oznacza kłótni. To oznacza znać artykuły Kodeksu rodzinnego i w porę wyciągnąć kalkulator.
