Ostatnia szansa na uratowanie dziecka
Deszcz lał jak z cebra, a głośny huk kropli odbijał się od dachu stodoły, w której schronili się Marek i Klara. Klara wciąż czuła na sobie spojrzenia tych, którzy chcieli jej zabić. W myślach powtarzała imię, które wybrała dla swojej córki, ale nie mogła się na nim skupić, gdy widziała, jak Marek czyta wstrząsającą notatkę. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach, gdy dostrzegła, że twarz Marka przybiera szary kolor.
— Co jest w tej notatce? — zapytała, nie mogąc powstrzymać paniki w głosie.
Marek zsunął wzrok na kartkę. Jego usta się poruszały, ale nie wypowiadały słów. Klara chwyciła go za ramię, a jej palce wbijały się w jego skórę.
— Mówi! — rozkazała, jej głos był szorstki i niedelikatny.
— Nowakowie wyruszyli do Wrocławia z twoją córką. Janusz polecił, aby ich powstrzymać, nie wyrywaj sobie włosów… — Marek przestał, może ze strachu, a może z wstydu.
Klara nie mogła uwierzyć. Jej dziecko, nieletnie i niewinne, w rękach ludzi, którzy nic o niej nie wiedzieli. Usta Klary zadrżały, a serce zaczęło walić w piersi jak młot.
— Musimy ich powstrzymać! Musimy natychmiast jechać!
Marek wstał, ale Klara od razu poczuła, że ich czas się kończy. Była uzależniona od jego decyzji, od jego czynów.
— Jeźdźcy… — powiedział Marek, jego głos stłumiony przez hałas deszczu. — To pewnie oni. Może przyjechali po twoją córkę. Ale… muszę pomyśleć.
— Nie mamy czasu na myślenie! — krzyknęła Klara, którą napełniała panika.
W tej samej chwili słychać było głośne przełamanie deszczu. Ktoś pukał do drzwi stodoły. Marek odwrócił się w stronę dźwięku, w jego oku widać było zdezorientowanie.
— To może być pułapka — powiedział cicho, sięgając po nabity rewolwer, który leżał na stole. Klara poczuła, że całe jej ciało drży, kiedy zrozumiała, że mogą nie wyjść stąd cało.
— Otwórz! — krzyknęła, nie mogąc znieść myśli, że mogliby nie dowiedzieć się, kto jest na zewnątrz. — Jeśli to mój brat, to może znać drogę do Wrocławia.
Marek, z bronią w ręku, powoli otworzył drzwi. Ujrzeli trzech jeźdźców, po których widać było, że na pewno nie przyjechali w przyjaznych intencjach. Jeden z nich miał zaciśnięte usta, a jego spojrzenie twardniało jak stal.
— Szukamy Kowalskiego — powiedział głośno, sprawiając, że Klara przesunęła się niepewnie w stronę Marka.

— Nie ma go tutaj. Wyjechał — odpowiedział Marek, kładąc rękę na ramieniu Klary.
— Ale ty tu zostałeś. Wiesz, gdzie go znaleźć — padła odpowiedź. Każda sylaba kłuła w serce Klary.
— Nie wiem, jak jest. — Marek, słysząc dźwięk wypełniony zagrożeniem, postarał się nie wyglądać na przestraszonego.
Klara z wyczuciem zauważyła, że Marek nie miał zamiaru zdradzić lokalizacji Janusza. Jakby coś w jego spojrzeniu zmieniło się i stało twarde.
— Robicie błąd, panowie — powiedział Marek, nie spuszczając wzroku z intruzów. — Kradniecie nadzieję. Nawet nie odczuwacie winy za te czyny. Nie myślicie o ludziach.
Jeźdźcy wymienili spojrzenia. Klara zrozumiała, że musi działać, zanim Marek straci kontrolę. Uczepiła się go mocno, nie wolno mu było iść na kompromis. Szybko zaczęła się cofać, ale Marek nie zamierzał jej zostawiać.
— Sprawdźcie stodołę — zażądał przywódca jeźdźców.
— Nie! — Krzyknęła Klara, ale jeden z jeźdźców wprawił ją w bezruch, zaciągając jej głowę w górę, aby zapiąć zapięcie przy jej szyi.
— Jeśli nie mówicie prawdy, to wiecie, czego chcemy — odpowiedział zimno.
W tej chwili Klara poczuła coś, co wcześniej nie znaczyło dla niej nic. Przełomowy moment zapadał w świadomość. Nie zamierzała pozwolić na krzywdę innym. Z determinacją, której nie czuła wcześniej, złapała za rękę Marka.
— Jeśli nie pomożemy, to ich tu nie ma! Nie będą w stanie powstrzymać mnie przed wydobyciem mojej córki! — krzyknęła, a jej serce waliło jak nigdy dotąd.
Zamiast strachu, pojawiło się coś nowego. Powodzenie. Pewność siebie. Jeźdźcy zrozumieli, że nie ma sensu wstrzymywanie ich. Marek z trudem przetrwał, ale w tej chwili ich siła była w pełni. Jeźdźcy stali się niepewni.
— Wyjedźcie od nas! — Marek podniósł broń, a jego mroczne oczy rozbłysły blaskiem.
Klara i Marek spojrzeli na siebie. Wbrew wszelkim przeciwnościom, ich losy były ze sobą splecione. Musieli walczyć razem, aby uzyskać to, co im się należy.
Kiedy jeźdźcy ruszyli w stronę Klary, Marek nie czekał. Złapał ją za rękę i poprowadził w kierunku wyjścia, gdzie światło prześwitywało przez deszcze. Razem stawili czoła temu, co zewnętrzny świat miał im do zaoferowania.
Już wiedzieli, że muszą przełamać wszelkie ograniczenia. Musieli ujść tej nocy, wszelką dalekość do Wrocławia. Wolność była ich głównym celem, jednak najważniejsze było ocalenie dziecka…
Walka dopiero się zaczynała.